Gimnazjum w Klerykowie,
podsłuchane, podpatrzone


Gmach gimnazjum klasycznego w Klerykowie wygląda dość ponuro : szary, odrapany budynek przywodzi na myśl więzienie. Ciarki przebiegają mi po plecach, jednak czynię krok do przodu. Staję przed solidnie wyglądającymi drzwiami i waham się przez chwilę. W końcu zdobywam się na odwagę i wchodzę do środka.

Wewnątrz szkoła wcale nie wygląda bardziej zachęcająco. Ściany pomalowane są burą farba, szara, granitowa posadzka pokryta drobnymi pęknięciami jest cała zabłocona. Nic dziwnego, w końcu od rana pada deszcz.

Stoję w korytarzu trochę zdezorientowana, zastanawiając się, czemu nigdzie nie widać uczniów gimnazjum. Cisza odbija się głucho po ścianach. Udaję się do portierni na przeciwległym końcu hallu. Zastaję tam niezbyt przyjaźnie wyglądającego mężczyznę. Witam się z nim uprzejmie i pytam, czy mogłabym się rozejrzeć po szkole. Woźny patrzy na mnie leniwie i mówi od niechcenia, po rosyjsku :

- Zabrania się mówić po polsku! Tutaj rozmawiamy tylko po rosyjsku.

Ponawiam więc moje pytanie, tym razem jednak we wspomnianym języku.

- Ja nic nie wiem - odpowiada woźny - Pani pójdzie do dyrektora.

Docieram do gabinetu dyrektora bez większych problemów. Na drzwiach wisi tabliczka z rosyjskim napisem : ''Dyrektor Kriestoobriadnikow''. Uprzednio zapukawszy, wchodzę do pokoju. W wielkim, wygodnym fotelu, ustawionym za masywnym biurkiem siedzi otyły jegomość w podeszłym wieku. Patrzy na mnie z lekkim zdziwieniem. Postanawiam dmuchać na zimne i zaczynam mówić po rosyjsku. Przedstawiam się i od razu przechodzę do sedna sprawy : proszę o pozwolenie na obserwowanie „szkolnego życia” przez jeden dzień. Z początku dyrektor wygląda na oburzonego i prawie wyprasza mnie z gabinetu. Kiedy jednak tłumaczę mu, że zamierzam napisać reportaż do gazety na temat sposobów nauczania w gimnazjum, humor niespodziewanie mu się polepsza. Niemal z uśmiechem na ustach wypisuje mi przepustkę ( w języku rosyjskim ) na pobyt w szkole przez cały dzisiejszy dzień. Pytam go jeszcze, w jakiej sali ma lekcję klasa siódma, po czym wychodzę.

Odnalezienie właściwej izby lekcyjnej zajmuje mi trochę czasu, w końcu jednak trafiam pod dobry ''adres''.
Z początku profesor prowadzący zajęcia nie zgadza się na moją wizytację, jednak po przeczytaniu przepustki szybko zmienia zdanie. Odprowadzona zaciekawionymi spojrzeniami uczniów, siadam w ostatniej ławce. Jak informuje mnie szeptem wysoki chłopiec o sympatycznej twarzy, zajmujący sąsiednią ławkę, właśnie trafiłam na lekcję historii, a nauczyciel nazywa się Kostriulew.
Po odpytaniu jednego ucznia, profesor spogląda po klasie, po czym wyjmuje jakieś notatki oraz artykuły z gazet i zaczyna czytać. Wszystkie te teksty ukazują Polskę w bardzo niekorzystnym świetle. Kostriulew z lubością rozpatruje różne, wyssane z palca skandale, które zapewne nigdy nie miały miejsca. Ja tymczasem obserwuję uczniów i ich zachowanie. Od razu da się wyczuć, że nauczyciel ten budzi w chłopcach strach. W klasie panuje atmosfera napięcia i grobowa cisza. Większość uczniów uważnie słucha Kostriulewa, na ich twarzach malują się mieszane uczucia. Moją uwagę przykuwa młodzieniec krępej budowy, o bystrym i przenikliwym spojrzeniu. Po każdym hańbiącym Ojczyznę zdaniu, brzmiącym wyjątkowo szyderczo w ustach nauczyciela, chłopiec wzdryga się i sprawia wrażenie, jakby miał ochotę głośno zaprotestować. Większość pozostałych uczniów biernie przysłuchuje się wykładowi. W pewnym momencie ów chłopak zrywa się z miejsca z żądaniem, aby profesor przestał czytać podobne rzeczy. Powołuje się na zdanie całej klasy. Oburzony nauczyciel wybiega szybko z sali, mrucząc coś gniewnie pod nosem. Tymczasem jeden z chłopców zaczyna drwić z kolegi, nazywa go „pomidorowcem”. Po chwili do klasy energicznie wkracza prawie cały sztab gimnazjalny z Kriestoobriadnikowem na czele. Dyrektor jest wściekły. Wygląda jakby dostał szału, wrzeszczy :

- A to co ?! Bunt ? Bunt ? Bunt ?! Ja was nauczę ! W tej chwili won cała klasa ! Won ! Myślicie, że ja się zawaham ?! Walecki ! Tutaj !

Na środek klasy wychodzi dumnie młody buntownik. Ze wzburzeniem wyjaśnia przyczyny swojego protestu. Kriestoobriadnikow chce koniecznie wiedzieć, czy uczniowie w rzeczywistości delegowali Waleckiego. Kiedy nikt dobrowolnie się nie zgłasza przełożony zaczyna pytać o to chłopców. Jego spojrzenie zatrzymuje się na tęgim chłopcu o ciemnych włosach, a na jego twarzy maluj się wyraz sympatii. Musi to być ulubieniec Kriestoobriadnikowa.

- Borowicz ! Czy byłeś w zmowie z Waleckim ? Czy dawałeś mu jakieś zlecenia ?

Tęgi chłopak śmiało wstaje ze swojej ławy i patrzy w oczy dyrektora.

- Więc jakże ?

Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu, Borowicz nie tylko nie popiera kolegi, ale jeszcze bardziej pogarsza jego sytuację mówiąc, iż bunt kolegi był zupełnie niesłuszny, a wszyscy uczniowie z przyjemnością wysłuchali tych nadprogramowych tekstów nauczyciela.
Podobnie jak Borowicz odpowiadają wszyscy uczniowie. Tylko jeden popiera Waleckiego i zapytany czy zmawiał się z kolegą, odpowiada potwierdzająco.

Po skończonym śledztwie obaj chłopcy wyprowadzeni zostają z klasy, a wśród pozostałych uczniów wybucha zamieszanie. Zdania kolegów na temat tego, co zaszło są podzielone. W klasie padają oskarżenia ''o świństwo, łajdactwo'' i słowa obrony. Jestem poruszona tym rozgardiaszem. Na szczęście nikt nie zwraca na mnie uwagi.

Następna lekcja to logika. Walecki nie pojawia się na niej. Przychodzi natomiast kolega, który solidaryzował się z buntownikiem i oznajmia złowieszczo, że chłopak dostanie rózgi. On sam zostaje skazany na długą kozę. ''Figa''- bo tak mówią na Waleckiego koledzy – wraca do klasy dopiero w połowie matematyki. Wygląda żałośnie. Krew nabiegła mu do twarzy, cały dygocze i porusza się po omacku, jakby za chwilę miał zemdleć. Przymknięte oczy skrywają boleść. Kiedy przechodzi koło Borowicza zauważam, że na ułamek sekundy rzuca niegodziwcowi straszliwe, pełne smutku i nienawiści spojrzenie.

Rozbrzmiewa dzwonek obwieszczający koniec trzeciej lekcji. Udaję się na przechadzkę aby nieco ochłonąć i poobserwować życie uczniów. Po drodze spotykam Marcina Borowicza. Początkowo niechętnie, a później już coraz śmielej opowiada mi o stosunkach panujących pomiędzy uczniami. Z jego długiego wywodu wnioskuję, że uczniowie starszych roczników dzielą się na dwie grupy : ''wolnopróżniaków'' i ''literatów''. Marcin ostro potępia zachowanie tej pierwszej, uważając ją za coś gorszego. Kółko literatów natomiast jest wybranym gronem, tylko dla najlepszych i najbardziej ambitnych uczniów. Wzorem moralnym tej grupy zwanej również buckleistami ma być dzieło Henryka Tomasza Buckle’a pod tytułem „Historia o cywilizacji w Anglii” oraz inne znane dzieła wybitnych filozofów. Przywódcami tego ruchu są młodzieńcy o pseudonimach Spinoza i Balfegor. Dowiaduję się, że Marcin również odgrywa niemałą rolę w gronie swoich przyjaciół. Chłopiec dobitnie zaznacza, że wszyscy literaci to ateiści i materialiści. Mój rozmówca co chwilę sprawdza czy wszystko dokładnie zanotowałam. Naszą rozmowę przerywa ostry dźwięk szkolnego dzwonka. Uczniowie w pośpiechu znikają za drzwiami klas.

Rozpoczyna się lekcja fizyki. Nauczyciel dość niedołężnie prowadzi swój wykład, przez co większość uczniów nie potrafi ukryć znudzenia. Na następnej przerwie udaję się na boisko szkolne i od razu tego żałuję. Cudem unikam ciosu kasztanem. Jakiś malec wyjaśnia mi, że to uczniowie z młodszych klas urządzają na każdej dużej przerwie wielką bitwę. Pospiesznie wracam do budynku gimnazjum i trafiam na grupkę głośno kłócących się uczniów. Przysłuchuję się ich zażartej dyskusji dotyczącej jakiegoś problemu z ''Historii cywilizacji w Anglii'' Buckle’a, o którym to dziele dowiedziałam się wcześniej od Marcina Borowicza. Łatwo domyślam się, że to ''literaci''. Ruszam dalej i dosłownie wpadam na bandę chłopców, którzy mają nie więcej niż 11 lat. Jeden z nich półgłosem opowiada innym jak to udało mu się wywieść w pole nauczyciela od matematyki. Malcy są wdzięcznymi słuchaczami. Opowieść kolegi zapiera im dech w piersiach. Chwilami aż piszczą z uciechy.

Szkoła tętni życiem.

Udaję się pod pokój nauczycielski i słyszę, jak surowy belfer wymierza karę uczniom za posługiwanie się językiem polskim.

- Dwie godziny kozy po lekcjach !

Kiedy profesor oddala się chłopcy jak gdyby nigdy noc dalej gawędzą w zakazanym języku. Mam wrażenie, ze taka kara dla nich to codzienność. Ostatnią w tym dniu lekcją dla klasy siódmej jest język polski. Po dzwonku wszyscy uczniowie są już na miejscach. Nauczyciel przybywa dopiero po 10 minutach. Profesor Szretter, bo tak się nazywa, oczy ma tak smutne, a minę tak przerażoną, jakby lekcja, którą ma przeprowadzić, była jego ostatnią w karierze nauczycielskiej. Od razu zauważam, że nauczyciel nie cieszy się dużym autorytetem wśród uczniów. Na jego wejście do klasy prawie nikt nie zareagował. Uczniowie dalej zajmują się swoimi sprawami : jedni grają w karty, inni pochłonięci są rozmową z kolegami. Niektórzy po prostu układają się do drzemki.

Nauczyciel wywołuje jednego z uczniów do odpowiedzi. Chłopak ten ze znudzoną miną tłumaczy z języka polskiego na rosyjski wiersz Czajkowskiego pod tytułem ''Pająk'', a następnie dokonuje rozbioru zdań pod względem gramatycznym i logicznym. Lekcja ciągnie się tak długo, ze wszyscy nie wyłączając Szrettera z ulgą witają przyjmują koniec lekcji. Uczniowie spieszą się do swoich domów lub na stancje.

Ja również zmierzam ku wyjściu ze szkoły czując, że w tym jednym dniu wiele się nauczyłam. Nie mam na myśli wiedzy z poszczególnych przedmiotów. Wiem teraz, jak przedstawia się sytuacja wśród młodzieży polskiej, która ma być przyszłością naszego narodu. Moje serce przepełnia wielki niepokój i jeszcze większy smutek. Kiedy mijam portiernię uprzejmie mówię woźnemu :

- Do widzenia.

On odpowiada mi :

- Zabrania się gadać po polsku !...

Joanna Tomaszewska kl. IIIF