Wyszedłem z domu. Był listopad. Pogoda deszczowa, zimno, świat owinięty w szary płaszcz. Wiejący od czasu do czasu wiatr wprawiał w ruch wydające się martwe drzewa. Opadłe już, zgniłe liście leżały wdeptane w ziemię. Przypominały mi one wiosnę i lato, które skończyło się dwa miesiące temu. Nie mając ochoty w ten ponury dzień na rozmowę z kimkolwiek, skierowałem swoje kroki na Pola Marsowe. Poza trójką dzieci grających na boisku w piłkę nożną i dwójką ludzi spacerującą z psami, nikogo nie było. Wszedłem na jedną z wydeptanych między polami ścieżkę. Latem i wiosną pokryte są różnymi odmianami zbóż . Teraz ziemia jednak leży odłogiem. Pamiętam jak będąc dzieckiem, lubiłem chować się tutaj na całe dnie. Byłem Indianinem, czekającym na kowbojów, podróżnikiem na nowym lądzie czy żołnierzem ukrywającym się przed wrogiem. Wszechotaczająca mnie szarość spotęgowała wspomnienia. Na końcu ścieżki kiedyś stała wielka, według mojego dziecięcego spojrzenia, góra zbudowana z piasku.
Obecnie nie stanowi nawet 1/3 swojej pierwotnej wielkości. Zabrany z niej piasek posłużył do budowy setek mieszkań. Jednak ja wolałbym, żeby góra nadal była w całości i zimą chciałbym, aby dzieci mogły zjeżdżać na sankach, jak to było kiedyś.
Wszedłem na szczyt, który był dla mnie najwyższym punktem świata, i spojrzałem na okolicę. Rozciągające się kiedyś dla pięciolatka aż po horyzont pola zostały zastąpione niskimi blokami, poprzeplatanymi domkami jednorodzinnymi. Wielokrotnie tłumaczyłem sobie, że każdy człowiek musi gdzieś mieszkać, a coraz liczniejsze domki podnoszą jakość osiedla. Za mieszkańcami przybędą kina, sklepy, restauracje, ale utracę nie tylko piękno natury i wspomnienia z dzieciństwa, zginie część mojego świata. Pola wypierane są przez beton, asfalt, rurociągi, samochody. Dawniej często dostrzegałem strzygącego uszami zająca, o kolorze sierści niczym nie różniącym się od podłoża. Od dwóch lat nie natrafiłem na niego. Stanowi to dla mnie znak, że natura przegrywa walkę z człowiekiem.
Pośród nieobsianych pól, z jednej strony otoczone zbudowaną z kamiennych płyt drogą znajduje się boisko piłkarskie. Jest ono nierówne, z bardzo rzadko rosnącą trawą. Jedno pole karne przypomina piaskownicę, brak linii autu i środka, bramki stoją krzywo. Zawsze wspominałem te wszystkie minusy grając tu z kolegami. Jednak, gdy usłyszałem, że na jego miejsce ma powstać ulica, poczułem się jakbym tracił przyjaciela. Teraz każdy rozegrany tu mecz traktuję jako pożegnalny, bo kto wie czy jutro lub pojutrze nie przyjedzie ciężki sprzęt i nie pozostawi po sobie asfaltowego potwora, długiego na kilometry z jeżdżącymi po nim samochodami.
Jeżeli miałbym wskazać jedną rzecz, która w Kaliszu podoba mi się najmniej, to jest to bez wątpienia zabudowa Pól Marsowych. Wiem, że jest to konieczne. Ulica odciąży Al. Wojska Polskiego, a budowane osiedle domków podniesie jakość dzielnicy Dobrzec. Ale ja nie mogę zrozumieć dlaczego ta droga nie mogłaby przebiegać dalej, a domki zbudować z drugiej strony miasta. Słyszałem kiedyś o propozycji założenia parku na terenie pól. Czy nie można by go wprowadzić w życie? Oszczędzono by kąt zieleni, gdzie na pewno bawiłyby się dzieci, a dorośli chodzili na spacery.
Lubię moje pola. Tu poznawałem przyrodę- żuki, pająki, mrówki, uczyłem się grać w piłkę, zjeżdżałem na sankach. Żałuję, że najbliższy rok będzie naszym ostatnim wspólnym.
Jacek Szewczyk