Joanna Tomaszewska
Joanna Tomaszewska, uczennica pani Teresy Świątek, została finalistką konkursu polonistycznego oraz
laureatką drugiej nagrody XXV Wojewódzkiego Turnieju Białych Piór. Poniżej przedstawiamy pracę Joasi
p.t. "Biały Pył", a jej samej życzymy kolejnch sukcesów w kolejnych latach edukacji.
Wywiad z Asią
'Biały pył'
Jak miliony przeźroczy przebiegają mi przez głowę obrazy z jej życia, z naszego życia. Teraz, pod koniec lata, gdy leży na białym jak śnieg miejscu w białym, jak skłębiona chmura ubraniu, wygląda tak spokojnie, jakby nigdy przedtem z jej ust nie wypłynęło żadne słowo.
A jeszcze przed miesiącem tyle do mnie mówiła, tyle się śmiała, gdy w jej głowie tańczyły kolory, kształty i unosiła się wysoko ponad to wszystko, z czym nie chciała się stykać każdego dnia.
- Spróbuj kiedyś razem ze mną ! Zobaczysz, jak mało warty jest ten cały świat, który wszystkim tak imponuje !
Nigdy nie nazwała tego po imieniu. Wrzucała mi kilka razy do głowy swoje myśli ze łzami w oczach, gdy nie dawała rady się uśmiechać. Nie rozumiałam wtedy o co jej chodzi. Co to jest to coś, co mam z nią spróbować. A może nie chciałam wiedzieć?
Znałam ją chyba od zawsze.
W przedszkolu wyrywałyśmy sobie tę samą lalkę, gdy nie wiadomo było, która pierwsza chwyciła ją z kosza z zabawkami. Razem siadałyśmy przy małym stoliku do obiadu i razem chowałyśmy w kieszeniach duże kawałki mięsa, których nie sposób było pogryź i połknąć, a których zostawienie i pokazanie surowej pani Konstancji było jednoznaczne z odbyciem upokarzającej kary. Róża nigdy nie wytrzymywała odsiadek w kącie. Po kwadransie nerwowo obgryzała paznokcie, a jej wzrok tępo utkwiony był w posadzce.
Później szkoła. Z taką radością zasiadłyśmy w pierwszej ławce pierwszej klasy.
- Będziemy zawsze trzymać się razem. I nie pozwolimy nigdy się rozdzielić
?
Pytałam raczej niż twierdziłam. Róża zawsze wtedy rozszerzonymi oczami patrzyła długo i głęboko w moje oczy, jakby chciała sprawdzić, czy jej nie okłamuję. Była nieufna.
Pierwszych lat w szkole właściwie już nie pamiętam. Przychodziłyśmy, siadałyśmy, wychodziłyśmy. Czasami dochodziło do sprzeczek, ale ogólne wrażenie po tamtym czasie zostało przyjemne.
Na początku szóstej klasy Róża coraz częściej opuszczała lekcje wychowania fizycznego. Latem rzadko wybierała się ze mną na basen. Zaczęła nosić długie spódnice i coraz wyżej zapinała guziki od bluzek. Dziennie wykrztuszała z siebie może 20 zdań.
Nieśmiało zapytałam kiedyś :
- Co jest z Tobą Rosie ? Gniewasz się na mnie, czy cię coś ugryzło? Nie bądź takim ponurakiem.
Rzuciła mi w twarz taką odpowiedź, która spadła na mnie jak skała i długo przygniatała mi powieki nie pozwalając spojrzeć jej w oczy. Myślę, że ona także miała problemy ze skierowaniem twarzy w moją stronę.
- Co Cię to obchodzi ? Odczep się ode mnie! Na zawsze! Chcesz się pośmiać ze mnie tak, jak mój ojciec? A może zadowolisz się widokiem moich pleców ?
Pojęcia nie miałam o czym ona wtedy do mnie mówiła. Jeszcze długo myślałam. Nie wymyśliłam nic.
Pierwszy raz tak się odezwała. Zawsze mówiła cicho, prawie od niechcenia. A tu nagle krzyk. Suchy, bez przesadnej emocji, bez wielkiego zaangażowania, krzyk.
Dałam spokój. Nie drążyłam tematu. Nie chciałam znać takiej Róży.
Nazajutrz usiadłam w innej ławce. Róża spóźniła się pięć minut. Weszła do klasy, rzuciła niespodziewanie wesołe spojrzenie na naszą ławkę, na mnie w ławce obok już mniej wesołe i spokojnie opadła na siedzenie, jak powinny spaść wszystkie liście z drzewa, gdyby jesień nastąpiła w ciągu pięciu sekund.
Chyba rok cały minął, zanim wypowiedziałyśmy do siebie jakieś sensowne wyrazy, które zresztą wydawały mi się równie mało zrozumiałe, jak słowa Róży o plecach, o ojcu. Ale pewnie tak samo czekałyśmy na te słowa, jak na koniec odsiadki w przedszkolnym kącie.
Od tamtego dnia było już coraz lepiej pomiędzy nami.
I coraz gorzej z wyglądem i zachowaniem Róży.
Przesiadywała u mnie całymi popołudniami. Dopiero, gdy zapadał wieczór i moja mama wchodząc do mojego pokoju stwierdzała:
- Różyczko szkoda, że nie wzięłaś ze sobą szczoteczki do zębów, bo mogłabyś u nas spać,
Róża wstawała na równe nogi, jakby startowała w podnoszeniu ciężarów przez rwanie i bez uśmiechu, bez słowa brała worek z książkami i szła do domu.
Odrabiałyśmy razem lekcje i gadałyśmy o niczym szczególnym właściwie. Normalka, o chłopakach, belfrach, o w naszej klasie, która miała w ich oczach coraz gorszą opinię. Coś tam o muzyce, ale rzadziej, bo Róża nie miała płyt ani radia w domu.
Kilka razy, gdy szukałam zeszytu w jej torbie, znalazłam foliową torebeczkę wielkości pudełka do zapałek. Pomyślałam, że chyba dla żartów, Róża wypełniła ją mąką.
- Co ta Różyczka taka smutna? Może na coś choruje? Kochanie, czy jej rodzice nie mają nic przeciwko temu, że ciągle u nas przesiadujecie?
Jeszcze z rok temu mama próbowała ciągnąć ten temat. Z czasem odpuściła, przestała to zauważać.
- E tam, wydaje Ci się. Nie wiem. Co na kolację dzisiaj, bo jestem głodna jak wilk!?
Uciekałam od ciągnącego się za mną spojrzenia mamy, która chyba wcale nie chciała słyszeć odpowiedzi. Były to raczej próby zorientowania się czy u mnie wszystko w porządku.
Pod koniec roku szkolnego Róża rozkwitła nagle.
- Wiesz, że mój ojciec wyjechał do Ameryki wczoraj ?
- Do Ameryki ? Nic nie mówiłaś, że ma jechać do jakiejś Ameryki ?!
- No widzisz ! A jednak. Pewnie trochę posiedzi
pomieszka tam. Może około trzy lata.
Ja nie cieszyłabym się aż tak, gdyby to mój tata wyjechał tak daleko, na tak długo. Przez chwilę zastanowiłam się wtedy, jak wygląda jej tata, bo faktycznie dawno go nie
widziałam. Zastanawianie było istotnie króciutkie, bo Róża od razu zaproponowała :
- Słuchaj, wpadnij dzisiaj do mnie na pizzę, dobra ? Posiedzimy sobie do późna i pogadamy. Będzie super!
-Jasne
Tak, przyjdę.
I przychodziłam jeszcze kilka razy. Było tak fajnie, że naszą radość można było porównać tylko do tych kilku minut około godziny szesnastej sprzed ośmiu lat, gdy każdego dnia mamy przychodziły po nas do przedszkola. Szalałyśmy śpiewając dziecinne piosenki i przebierając się, jak lalki z dzieciństwa.
Róża czasami opowiadała mi z szeroko rozszerzonymi źrenicami o różowych kolorach, cieniach przesuwających się przez jej myśli, skrzydłach, które unoszą ją pod sufit.
Zawsze była dobra z plastyki i miała niezłą wyobraźnię.
Ja byłam realistką i jej wizje lotnego świata były dla mnie zupełnie nieczytelne.
Tydzień temu drzwi do jej domu otworzył niemiły, choć dziwnie znajomy mężczyzna
- A ty coś za jedna ? - doleciał do mnie zapach alkoholu - Do Róży? Zwiędła chwilowo
!
Nie mogłam pojąć, z czego tak kpił. Mnie jakoś nie było do śmiechu.
Ojciec Róży? Dlaczego już wrócił?
Drzwi z hukiem zatrzasnęły się przed moim nosem.
Zostałam sama z gonitwą myśli. Dni, miesiące, lata przebiegały po mojej głowie. Wydarzenia układały się w jeszcze niejasną całość. Odkrywałam Różę na nowo. Z każdą chwilą narastał we mnie niepokój o nią by w końcu zrozumieć co takiego się stało.
Biały pył oderwał ją od ziemi i przeniósł w kolorowe przestworza.
Zasłona przesłaniająca przez lata moje oczy opadła i zsunęła się na milczące wciąż ciało Róży.
Dyplom Joasi